Piotr Traczuk

Zaloguj się, aby obserwować  
Obserwujący 0
  • wpisy
    22
  • komentarzy
    15
  • wyświetleń
    1845

O blogu

Ichtiolog

Wpisy w tym blogu

Kotwic

Jesień zapadła znienacka

Jesień zapadła znienacka.

            Wrzesień, październik różnie to bywa, gdy przychodzi czas, że świat ochładza się i nostalgicznym nastrojem trąca.

            W sumie to nie wiem, czy aura wokół jest dobra czy niekorzystna. Może dlatego tak myślę, że potrafię dostrzec „dziurę w niebie”, gdzie przez jedną godzinę nie będzie padać, albo że panująca temperatura powietrza rzędu 12°C nie jest problemem by wybrać się na ryby. No cóż, ja tak na to patrzę.

            Ale już jestem nad wodą, bez wnikania, co mnie ku temu skłoniło, lub co utrudniało mi podjęcie tej decyzji.

            Rozważając aurę, wolny czas i potencjalne miejsca łowienia zapada decyzja: akurat na „kanale” powinno mniej dmuchać, a jednocześnie sprawdzę, co tam teraz pływa. Ulubiony sprzęt połowowy to bat pięciometrowy. Szybko się rozkłada, przyjemnie łowi, daje efekty.
Odrobina zanęty, kilka robaczków na haczyk i zaczynam łowienie. Zwykle o tej porze można liczyć na płotki, pojedyncze osobniki tych większych lub dziesiątki mniejszych płoteczek. Nie jest to jednak istotne, bo ważne jest wyjście nad wodę, chwila z wędką spędzona, przyjemność z łowienia czerpana.

            Czas taki nastaje, że tylko ostatnie motorówki wzburzają fale jeziorne, a dzień się kończy zbyt szybko. Trzeba dobrze się starać by choćby na chwile na ryby wyskoczyć. Dla łowców drapieżników to czas szczupaczych i okoniowych łowów, dla innych ostatnie leszcze i liny. Płoć jeno zawzięcie obecna i płytko i głębiej dostępna. Choć bywa, że w danym miejscu brać nie chce, natomiast gdzie indziej żeruje.

            Nieważny jest wynik połowu. Nieważny jest sprzęt posiadany. Istotny jest kontakt z naturą, gdy szarość jesienna spowija, acz wędka pobrzmiewa by łowić. Czas taki by w chłodzie przycupnąć, liść spadły z ramienia utrącić i spojrzeć w zachodzące słońce. I w wodzie, zadumie: zabłądzić.

Kotwic

Czaplinek, Jezioro Drawsko i wędkowanie.

            Czasu brakuje i stąd wpis ten z opóźnieniem powstał, za co przepraszam.

Początek czerwca, to był dla mnie bardzo aktywny czas, wtedy bowiem, miałem swój udział w konferencji w Czaplinku (http://www.czaplinek.pl/page/kormorany).
Znam ten rejon (bywałem tam krótko, ale kilka razy) i wiedziałem, że są tam ciekawe jeziora stąd pomysł, by zabrać ze sobą choćby jedną wędkę. Dla mnie taką uniwersalną opcją jest łowienie spławikowe, a najchętniej metodą pełnego zestawu. Ulubiony (lekki i skuteczny) kijek, to wielokrotnie wspominany bat Traper Power Stick. I proszę nie szukać tu reklamy. To kij, którego wyłącznie używam odkąd go mam, czyli około 2 lat. Po prostu, gdy idę na ryby, to zabieram to wędzisko.

            Ze względu na to, że sama konferencja odbywała się w niewielkiej miejscowości: Siemczyno, a i tam był mój ośrodek hotelowy, to w tej okolicy szukałem pomysłu, jak wykorzystać wolne chwile na łowienie ryb.

            Po dotarciu do hotelu (co nastąpiło późnym wieczorem), nie było już czasu by szukać „dużej wody”, więc po kilku informacjach uzyskanych w miłej recepcji, poszedłem na „pałacowy” staw. Zbiornik niewielki, ale zadbany. W sam raz na krótkie wieczorne łowienie.
Wyjeżdżając zabrałem minimum sprzętu, stąd w ruch poszła tylko garść zanęty i białe robaki na haczyku. W sumie to się ściemniało, więc łowiłem tylko około 30 minut. Ale w tym czasie złowiłem ze 3 wzdręgi i 2 karasie srebrzyste. Nie chodziło o ryby, chodziło o spacer i kontakt z wodą.

            Rano zaczęła się konferencja, była ciekawa i owocna. Trwała do popołudnia, co było w planie.

            Ale profilaktycznie, już rano, zadzwoniłem do Gospodarstwa Rybackiego w Czaplinku by wykupić zezwolenie na połów ryb na jeziorze Drawsko. Serdeczne podziękowania dla Gospodarstwa, a zwłaszcza dla Dyrektora (Pan Jerzy Gospodarek), bo dzięki ich uprzejmości i pomocy, na czas otrzymałem zezwolenie na połów ryb.

            Nastąpił koniec konferencji.

            Ale Siemczyno to urocze „odosobnienie” współgrające z Czaplinkiem. Nie da się, ot tak, po prostu na Mazury wrócić. Na mapie wyraźnie widać, że to pojezierze, a niecałe 2 km od hotelu jest użyteczna zatoka jeziora Drawsko. Czemu „użyteczna”, bo zatoka jest ładna, głęboka i ma kilka pomostów. W sam raz by bacikiem łowić, odpoczywać przy okazji i cieszyć oczy widokiem jeziora i stadami ryb obok siebie.

            Łowiłem, dominowały płocie. Ale zmieniając miejsce lub głębokość, łowiłem inne gatunki: wzdręgi, ukleje, leszcze, okonie. W międzyczasie widziałem pływające na płyciźnie stada krąpi i wzdręg. Wędkowanie w zacisznej zatoce trwa, minęło około 3 godzin, słońce powoli zachodzi. Czas wracać do hotelu, a następnego dnia do domu.
Warto było: wykłady, spacer po okolicy, wycieczka przez połowę Polski.

Na okrasę dwa zdjęcia: staw przy pałacu Siemczyno i zatoka jeziora Drawsko.

Siemczyno.jpg.0488f0bc91afea0e4f049e227c51c735.jpg

Drawsko.jpg.b9aa7fd28d7dfb077f129f86039f6a64.jpg

Kotwic

Rejestrowe przerażenie

58c02ae37e9e7_oko1.jpg.422b8b3bd423e5b1570faf31952c7a84.jpg

Rejestrowe przerażenie.

            Przeglądam różne źródła wiadomości. W szerokim zakresie poszukuję wiedzy. Ale przyznać muszę, że do wiadomości rybacko-wędkarskich mam szczególny sentyment. A właśnie przeglądając portale wędkarskie mam czasami okazję dostrzec coś, czego ja sam nie odnajdę w natłoku wielu zmian, informacji, plotek i sensacji. No, ale jest i druga strona medalu. Zaglądając na większe czy mniejsze forum wędkarskie, jest ryzyko trafić na temat „gorący”. Teoretycznie może być to wątek ciekawy, często jest to po prostu wątek trudny, bo przez dysputantów niezrozumiany. Ale takie są prawa obecności w Sieci.

            Może to czas zimowego przesilenia, albo moment, gdy duża grupa wędkarzy budzi się ze świadomością, że czas wykupić zezwolenia na połów ryb. Bo kolejny raz widzę potyczki umysłowo-językowe na temat rejestrów amatorskiego połowu ryb. Pomimo, że temat rejestrów przewijał się już wielokrotnie i czytałem o tym na kilku portalach wędkarskich, to ciągle przeraża mnie, z jaką lubością ludzie szukają usprawiedliwienia by dokumentu nie wypełnić.

            Część wędkarzy uważa, że rejestr połowu ryb jest uciążliwością przy wędkowaniu, a ani wszak relaksu szukają. Jasna sprawa. Karteczka formatu znikomego oraz długopis, to elementy, które nijak nie zmieszczą się do tego majdanu gractwa wędkarskiego, gdzie nawet fotel wymaga wózka, bo tyle miejsca zajmuje (choć pewnie tyłek wygodnie weń zapada). Ot, jakaż to niewygoda wyjąć notesik i kilka słów wpisać.

            Inna zaś grupa wędkarskich łowców swe zdanie przedstawia w ten sposób, że rejestr prawdy nie powie i nijak nie jest sprawdzany. Coś w tym być może, zwłaszcza, gdy „wypełniacz” rejestru swoją pracę „olewa”, nic nie wpisując lub pisząc pierdoły. A i o grupie, która oddać rejestru nie raczy, zapomnieć nie wolno, bo takich są setki a nawet tysiące.

Tu też zaliczyć należy „pesymistów z kijami”. Oni to wiedzą (lub ponoć słyszeli z daleka), że rejestr nikomu nie służy, że nikt o połowie ryb nie czyta, że nie ma fachowców co słusznie, rzetelnie badają. Ot hipokryzja, brednie się pisze a medalu dać nie chcą.

            A co by tu jeszcze dołożyć. Hmm, może więc grupę następną. Tych łowców, co w słowa nie wierzą. Co w druku podstępu szukają. Są tacy wędkarze, którzy, zdają sobie sprawę, że rejestracja połowu ryb może być przydatna, to nie są w stanie zaakceptować opracowanych (najczęściej w formie drukowanej) analiza połowów wędkarskich. Wystarczy im, że wyniki nie pasują do ich osobistych obserwacji, lub ktoś z autorów wydaje się być niewystarczająco kompetentny do wykonania takiego opracowania. Albo, że reprezentuje firmę lub podmiot, który źle się wędkarzowi kojarzy.

            No i została grupa szczególna. Piewcy mądrości na bazie niewiedzy. Co gorsza bywają to osoby które wypełniają znaczące funkcje w układzie portali: długoletni bywalcy, moderatorzy a nawet administratorzy. Stąd właśnie me przerażenie. Jak można sugerować, by ktoś, kto kilka miesięcy temu miał wpisać dane do rejestru, dane te wpisał dopiero teraz. Bo wtedy mu się nie chciało, a teraz nagle przypomnieć sobie powinien. Jak można namawiać, by w rejestr amatorskiego połowu ryb wpisywać wartości fałszywe. Wpisać ryb więcej niż się złowiło, zaniżyć wartości względem prawdy. W imię czego? Tego, że komuś coś się wydaje? Czy takie ułudy o swojej wszechwiedzy uzdrowią każdego i wszystko?

            A gdzież zwykła rzetelność, uczciwość i zaufanie? Moje zadanie to łowienie ryb a jednocześnie rejestracja tego, co łowię, by ktoś inny z materiału zebranego, dał mi lub nam wytyczne: co w wodzie jest, było lub będzie. Jakże się później dziwić, że na pytanie: czemu ryb nie ma, odpowiedzi znaleźć nie sposób? Bo jeden leniwy, bo drugi przekręci, bo trzeci zagubi dokument. A czwarty ulegnie słów matni, bo złasił się na fałszywe słowa, którymi swój rejestr wypełnia.

            Smutek się zakradł w me myśli i słowa te same się piszą. Bo jakże tu liczyć na wsparcie, gdy ludek niechętny współpracy.

            Znów powróci temat edukacji społeczeństwa. Ponownie pojawi się potrzeba pisania: czym jest rejestr połowu ryb, jaki jest jego cel, jaka użyteczność. I pojawi się wątpliwość, czy ktoś chce w tym brać udział, tak szczerze, rzetelnie, prawdziwie.
            Nim padną odpowiedzi na to co nieznane, nim kurz przykryje słowa, przyjdzie mi napisać kolejną  już część artykułu o rejestrach połowu ryb. Niebawem więc trzecia odsłona.

Kotwic

Rybomania Poznań 2017 r.

Rybomania Poznań 2017 r.
            Nie da się tego zapomnieć, to trzeba opisać.
Jechałem na Rybomanię by się spotkać z przyjaciółmi. Te targi wędkarskie to była dobra okazja by spotkać się ze znajomymi z różnych zakątków Polski, a jednocześnie dokonać kilku ustaleń w zakresie działania Fundacji dlaRyb. Muszę przyznać, że dzięki doskonałej organizacji ze strony kolegów, wystarczyło, że wsiadłem do pociągu. Bilety na Targi były uzgodnione, kwatera zarezerwowana, miejsce spotkań ustalone. Rewelacja.
            Kto szuka szczegółów z Rybomanii, znajdzie je w artykule: (https://dlaryb.pl/portal/news_2/trzy-d%C5%82ugie-dni-i-noce-na-rybomanii-z-fundacj%C4%85-dla-ryb-r135/).

            Dojechałem do Poznania w piątkowe południe. Nie ma to znaczenia w sumie, bo to dzień specjalny, ze specyficznym biletem wstępu. Ważne, że za chwilę zobaczę przyjaciół. Powitanie, piwko, widać wszystko.
Ale te targi to też nowy czas. Spotykam nasze nowe siły: Kubik, Bartosh, Pendra, Kleszcz. Jest okazja poznać się, porozmawiać, nakreślić nowe plany.

            Wieczór po targach, wspólne siedzenie w dużym gronie (my, współtowarzysze ze sklepów i firmy), to podsumowanie wszystkiego. Tematów mnóstwo, część ma związek z wędkarstwem, część to po prostu gadanie o wszystkim.
Kończy się to nad ranem. Słusznie. Spać trzeba, a niektórzy to nawet pracować muszą.

            Sobota. Może w piątek nie zwróciłem uwagi co jest na hali targowej, ale w sobotę postanowiłem, choć jeden raz obejść dostępne stanowiska. Mnóstwo tego. Udało mi się ze trzy razy zgubić moich towarzyszy, ale i ze dwa razy ich przypadkiem znalazłem. Bilans jednak podsumuję pozytywnie. W międzyczasie spotkałem znajomych ludków z PZW, później mile się rozmawiało w stoisku Aller Aqua, no i niewidziany od lat kolega Paweł Stępniak z Gosp. Ryb. Gosławice.

            W międzyczasie wiele oględzin „stanowisk”. Masa jest tego. A biorąc pod uwagę profil wystawienniczy, to chyba dominują firmy specjalizujące się w produkcji sprzętu, zanęt, przynęt do połowów gruntowych. Nie ma większego znaczenia czy myślimy tu o pospolitym łowieniu z gruntu koszykiem zanętowym, czy specjalistycznym karpiarstwie, albo o popularnej ostatnio metodzie (method feeder). Jest w czym wybierać.
            Przerażające jest to, że czasami brakuje słów, by określić jak szeroko poszli producenci. Smaki granulatów i przynęt są tak dziwaczne, że ich zapach to drobnostka, trudniej wymówić nazwę aromatycznego specyfiku. Nie mówiąc już o tym, że każdy jest lepszy od pozostałych.

            No dobrze. To moje własne opinie. Ale Rybomania poznańska to największe targi wędkarskie w Polsce i Europie. Rzeczywiście. Jeśli ktoś szuka inspiracji, albo po prostu szuka wyposażenia, to miejsce idealne. Kilkadziesiąt albo nawet kilkaset stoisk, to okazja by obejrzeć sprzęt, którego zwykle nie ma w sklepie „osiedlowym”, a nawet tym najlepszym sklepie w mieście. Druga sprawa to Internet. Wielu moczykijów lubuje się w zakupach, ale mocno akcentują, by sprzęt był najlepszy i najtańszy. A jak oni sobie poradzą, z zakupem „teoretycznie świetnego” on-line, zupełnie bez dotykania sprzętu? Zaryzykują? A może pójdą do sklepu stacjonarnego by obejrzeć i pomarudzić na cenę?
            Targi, to właśnie okazja by oglądać. Oglądać do woli, nawet jeśli przyjdzie przeciskać się pomiędzy tysiącami ludzi sobie podobnych (nie mówię o DNA, lecz o zapale, hobby, fascynacji).

            Sobota, wieczór astronomiczny (nie szukać definicji, sam to wymyśliłem lub zepsułem dobre), ponowne dyskusje w gronie doborowym. Im nas więcej, tym więcej pytań wzajemnych. Nie wolno zapomnieć, że pomimo może parytet nam nie wychodzi, to mamy wsparcie w dobrych kobietach. I na forum, a zwłaszcza teraz, są z nami: Alicje dwie, Ruda (zmienimy wpis w we właściwych dokumentach) i Monika.
            Ustalamy co jest dobre dla ryb (ot trochę biologii) oraz co dobre jest dla Fundacji dlaRyb.  Ustalamy poprzez debaty: czym ryby złowić (ledwie liźnięcie marketingu) kończywszy na tym, co zrobić by ryb było więcej i mieć co łowić (a to już działka wszystkich, a cel główny dlaRyb).

            Kończy się, kończy czas wypędzenia. Poranek w Pyrlandii jest piękny. Nieustannie słyszę wędkarskie rozmowy Grendzia, Elvisa, Arka. Im się wydaje że śpię. Może i tak, ale ich słyszę.

            Poranne powitanie, śniadanie. Kilka rozmów o tym co było, co jest i co kto widział.
Sprzątanie kwatery, pożegnanie kolegów pracujących w ostatni dzień Rybomanii. No i my.

Szaleńcy którzy mają wiarę w pomysł i siebie. Zmęczeni czasem minionym i „wredną rzeczywistością”. Jedziemy w kierunku sławetnej Hali. Ale też rozstajemy się. Ja wracam już, koledzy stopniowo „odpływać” będą. To było dobre spotkanie. Nie dość, że można było osobiście wymienić słowa (telefon w kieszeni), to i klimat nastraja optymistycznie. Wiem, że chcąc trwać i dalej funkcjonować, takie spotkania są potrzebne.
            Jadę. Wracam. W domu jestem. Za mną 500 km drogi, prawie 7 godzin jazdy, zmęczony łeb. Ale wiem; wiem, że warto było. Wiem, że to przyniesie efekty. Wierzę i optymistą jestem.

            No i koniec moich własnych wynaturzeń. Wspomniałem tylko kilka osób, bo nie pomnę tych wszystkich, których spotkałem, podczas targów i wieczornych dyskusji.
Ale wiem, że chcę przesłać pozdrowienia dla: Feeder Baits, Trotka - sklepu wędkarskiego, oraz ekipy TTCarp.

Kotwic

Zimowe klimaty na Mazurach

Zimowe klimaty na Mazurach.

            Mazury, kraina tysiąca jezior, letnie Eldorado żeglarstwa, niegdyś Mekka łowców ryb.
Obecnie sporo się zmieniło, ale jednak duch ‘wody” pozostał.

            Oczywiście w sezonie letnim (wliczając końcówkę wiosny i początek jesieni) jeziora warmińsko-mazurskie tętnią życiem, zarówno tym co pływa pod wodą jak i pasjonatami rekreacji wodnej. Tysiące żeglarzy, tysiące wędkarzy, gromady turystów, no i zwykli ludzie, tubylcy krainy mazursko-warmińskiej.

            Ale rok to karuzela pór roku. Po tych aurach ciepłych, następuje ochłodzenie, pustoszeją ulice i jeziora, ubywa żeglujących i wędkujących. Idzie zima.

            Zima, klimat zupełnie odmienny od letnich przyzwyczajeń. Ale mimo wszystko pora roku o swoistych cechach. Dla wytrwałych turystów lub pomysłowych „outsiderów” to czas by skorzystać z atrakcji, które dostępne są tylko zimową porą.

            Najpopularniejsze jest chyba jeżdżenie na łyżwach, bo wymaga tylko drobnego sprzętu i odwagi. Wyższa półka umiejętności i zapału to bojery, najczęściej klasy „Monotyp” i „DN”. Ostatnio coraz częściej widzę ludzi śmigających na deskach, wyposażonych w łyżwy i żagiel, albo nawet w „skrzydło”, co pewnie wchodzi w różne zakresy „iceboarding”, „icesurfing” itd.

            No i brać zmechanizowana. Czy to lekkie motocykle, czy ich cięższe wersje. W ruch idą też czterokołowe wszędołazy (quady), które zupełnie dobrze sobie radzą na lodzie.
            No i wersja ekstremalno-desperacka, czyli samochody na lodzie. Tutaj grają główną rolę dwa czynniki: wiedza o lodzie i jego wytrzymałości przeciwko desperacji i szaleństwie.
Oczywiście, przy odpowiedniej orientacji w warunkach lodowych na jeziorze i pewności, że pokrywa lodowa jest stabilna, wjazd cięższym pojazdem nie jest próbą samobójczą, ale natura ma swoje prawa. Warto o tym pamiętać i zadbać o własne bezpieczeństwo, nie sprawdzając siebie jak na ostatnim zdjęciu w galerii.

            Wstęp gotowy, można teraz pokazać to, co mam na myśli, czyli galerię zdjęć.

58a2268a347b3_fot1.jpg.e471a65bf95e02fed7e3970e416523d9.jpg

58a226967716b_fot2.jpg.7bc6d8eed594207aa0f0fa717f1982b2.jpg

58a226a14bc71_fot3.jpg.38ae44e65f32a2b7a206b5c66fcd059f.jpg

58a226afd9633_fot4.jpg.d1ee3856077d93e993ef8dd538e24fad.jpg

58a226be7dd6f_fot5.jpg.98202cc465f6000b396af54f873c9e4c.jpg

58a226cb04b2c_fot6.jpg.c267973e420f95b52dbe5baf251d5732.jpg

58a226d42cf86_fot6a.jpg.07191dc895bb32515279ecf38227be91.jpg

58a226de017d6_fot7.jpg.b382a7fb4a6163d99ed3ada143553bf3.jpg

58a226f6e9fbb_fot8.jpg.3aba834c87647b2143326b94a0a6414d.jpg

58a227014bffa_fot9.jpg.2c9719932b453b4a8730ad43fae94c2a.jpg

58a2270a847db_fot10.jpg.8cc3bb264b4713205e331c42e03b449c.jpg

58a2271d87fa4_fot11.jpg.03a1a9be28becdd8ac9d4da8229b5da5.jpg

58a2272835ab7_fot12.jpg.32e5b5e70c92b04bad3b08bd2b5384bb.jpg

58a22732a3c4c_fot13.jpg.e78ac6f0f6b7a1ddfff4c3e13c6adc2a.jpg58a2273d852a8_fot14.jpg.8752456b0b61b7420646b544872d9d20.jpg

58a2274948eb7_fot15.jpg.e27f00931950e0cda819858da4bd88f6.jpg

Kotwic

Mazury czyli trochę opowieści o wędkowaniu na mazurskich wodach w 2016 roku.

Fot 1..jpg

            Od kilkunastu lat mieszkam na Mazurach, a ściśle mówiąc w Giżycku. Z okna domu widzę jezioro Niegocin, idąc przez miasto mijam kanał Giżycki. Czasem gdy coś potrzebuję, jadę na drugą stronę miasta i tam mam przed sobą jezioro Kisajno. Tak, na Mazurach jezior nie brakuje, a to zachęta do żeglowania lub wędkowania.

            A że lubię wędkować, to i korzystam z tego dobrodziejstwa wodnego. Od zawsze uwielbiałem lekkie łowienie, wędką ze spławikiem, techniką pełnego zestawu popularnie zwaną „łowienie batem”. Ot lekkie wędzisko (najczęściej o długości 5 m) o szczytowej, szybkiej akcji. Tak by i zarzucać łatwo było i zacinać przy braniu. Cienka żyłka, niewielki spławik (często o wyporności 0,7-1,5 g), pudełko białych robaczków i garść zanęty.

fot 1. Traper Power Stick 500.jpg

            Można iść na ryby. A gdzie tu iść? Ano prawie wszędzie. Ważne by było dostępny brzeg gdzie można spokojnie stanąć, lub sprawny technicznie pomost czy kładka wędkarska. Czasem będzie do nabrzeże portu lub jeden z kanałów pomiędzy jeziorami. Mówię ciągle o okolicach Giżycka, a w tych właśnie okolicach większość jezior jest użytkowana rybacko przez Gospodarstwo Rybackie w Pięknej Górze. Czemu o tym piszę? Bo wykupując sezonowe zezwolenie na amatorski połów ryb na wodach wspomnianych „Rybaków” mam do dyspozycji kilkanaście jezior, na których mogę sobie łowić. To wygodne rozwiązanie.

            W zależności od wolnego czasu lub pogody, zabieram sprzęt wędkarski i idę choćby do portu Ekomarina, albo na dziką plażę, a może nad kanał Giżycki. Wystarczy 10-15 minut by dotrzeć na miejsce i zacząć przygotowania do wędkowania. Gdy mam więcej czasu można przespacerować się do Wilkas i gdzieś po drodze lub w tamtejszym porcie przycupnąć by sobie połowić. Czasem wybór padnie na północną stronę miasta i wody jeziora Kisajno. To też nie jest daleko, choć tam jest mnie dostępnego terenu by wędkować z brzegu. No i czas na odleglejsze wyprawy, choćby jezioro Wojnowskie, Jagodno Wielkie, czy Ubliki (Duży i Mały), albo zupełnie spora wyprawa na jezioro Buwełno. W każdym miejscu udawało mi się znaleźć choćby kawałek brzegu, plaży lub pomostu gdzie spędziłem 1-2 godziny na wędkowaniu. Ot, takie szybkie wypady rekreacyjne.

Brzeg jeziora.jpg

            Łowię najczęściej w pobliżu trzcinowisk, czasami na otwartej wodzie. Głębokość w tych miejscach jest zróżnicowana, czasem jest to 0,5-1 m, często 1,5-2,5 m. Bywało, że łowiłem na głębokości 4 m, a to praktycznie maksymalny zakres wygodnego łowienia wędką o długości 5 m. Ale pamiętam, że na jeziorze Buwełno musiałem zmieniać wytypowane miejsce, bo w zasięgu wędki głębokość przekraczała 5 m, i haczykiem nawet nie sięgałem do dna jeziora. A przyznać trzeba, że jest sporo ładnych miejsc nad Buwełnem czy Ublikiem, tyle, że bezdroża tam znaczne i niejednokrotnie brakuje pomysłu jak zbliżyć się do jeziora.

            Łowiąc dobieram sobie głębokość i stanowisko, do tego, czego spodziewam się w danym jeziorze i miejscu. Czasem po prostu świadomie łowię w konkretnym kąciku, przy trzcinach, bo oczekuję tam wzdręg i płoci, innym razem na otwartej wodzie mam zamiar złowić leszcze. W sumie często sprawdzają się te plany i łowienie batem przynosi dobre efekty: kilkanaście-kilkadziesiąt ryb różnych rozmiarów.

karaś.jpg

            Jak dla mnie to właśnie esencja wędkowania, szukanie ryb, planowanie, aktywne łowienie, choćby wyprawa trwała tylko 1-1,5 godziny. Pokombinować, połowić, odpocząć i wrócić do domu. A następnym razem powtórka, albo szukanie innego miejsca, innego jeziora, innych gatunków ryb.

            Z uśmiechem przyznaję, że 2016 rok był dla mnie bardzo aktywny wędkarsko. Na rybki wybrałem się ponad 100 razy, łowiłem na ponad 20 stanowiskach i kilku jeziorach. Złowiłem kilka tysięcy ryb, kilkunastu gatunków. Byłem mile zaskoczony, że wśród ryb złowionych batem były liny, karasie pospolite, okonie i szczupaki. Łowiłem tak jak lubię, szukając przygody i odpoczynku.

płotka 14.jpg

wzdręga.jpg

okoń 2.jpg

            Dla odmiany nawet ze 2 razy zrobiłem sobie spacer ze spinningiem wzdłuż brzegów jeziora Niegocin, obserwując, co się zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat. A pomimo, że trasa spaceru miała długość 8-10 kilometrów, to czas leci szybko i mile się to wspomina. A na wyniki nie narzekałem, za każdym razem trafiało się kilkanaście różnej wielkości okoni, pojedynczy szczupak lub wzdręga. Oczywiście wśród kamieni, drzew i trzcin pozostało kilka przynęt, ale takie to uroki spinningowania.

            Jedyne co drażni mnie nieustannie od wielu lat, to narastające problemy z dostępem do brzegu jezior. Ta liczna zabudowa która jest (i rozwija się) to jedno, ale te wszystkie płoty, siatki, ogrodzenia które trzeba omijać lub ominąć się nie da, to element wkurzający. No i pomosty przydomowo-wędkarskie. Albo działka ogrodzona i na pomost wejść się nie da, albo krzyk z zza pleców słychać, że to pomost prywatny. Dojdzie do tego, że oprócz plaży gminnej, nigdzie nie da się połowić z brzegu.

            Ale trzeba być optymistą. Nowy, 2017 rok właśnie się rozpoczął. Trzeba mieć plany i dążyć do ich realizacji.

            A w moich planach będzie wędkowanie. Może na tych samych łowiskach, a może uzupełnię je o dodatkowe wody, tak by zwiedzić więcej mazurskich jezior i rzek. Technika łowienia zapewne będzie podobna bo to lubię, ale przybędzie testów bo to zabawne zajęcie.

No i rozwinąć skrzydła w kręceniu filmów podwodnych (kamera już opanowana, pomysłów też nie brakuje).

Kotwic

Zlot dlaRyb - wspomnienia z września 2016 roku

Zdjęć nie będzie, będą wspomnienia.

 

            Pomysł zorganizowania zlotu fundacji dlaRyb pojawił się już dawno, termin zaś wynikał z wielu wypadkowych: wolnego czasu, zaplanowanych zajęć itd. W końcu jednak zapadła decyzja, że 23 września rozpocznie się nasze spotkanie. Miejsce związane z fundacją, czyli patronackie łowisko: Ługi Wałeckie.

            Termin zapadł, czas nastał, zaczęło się.

Z relacji  na forum dlaRyb.pl widać, że pierwsi chętni (oczywiście Grendziu) ruszyli już w czwartek, inni koledzy jadą w piątek rano lub południe. Ja łączę wyjazd na konferencję (Gdańsk) z późniejszą wyprawą na zlot. Ech, trochę czasu to zajmie. Pod koniec wycieczki kolejowo-busowej, późnym wieczorem dzwonię do towarzyszy, że już ledwie kilka kilometrów zostało do celu i proszę o transport. Przyjeżdża ekipa, radosna i miła (Ostap powozi zaprzęgiem). Mija kilka minut i dowożą mnie nad wodę, jestem na zlocie, jestem w doborowym towarzystwie.

            Pogaduszki, powitania, łyk zimnego piwka i siedzę na ławeczce, widząc uśmiechniętego Arka i Elvisa, poznając Karola, rozpoczynając dysputy z Łukaszem. Dyskusje, żarty i śmiech, tak można podsumować piątkowy wieczór, który rozpoczął oficjalną, wspólną imprezę (choć łowienie ryb odbywało się już od godzin porannych).

            Dobrzy ludzie nie dość, że dowieźli na miejsce, to i chatynkę zbudować raczyli (wspólna nasza kwatera z Elvisem). A namiocik stał w strategicznym miejscu, tuż nad wodą, nieopodal stanowiska Ostapa i graciarni Grendziola. Poranny zgiełk (choć szarość przebija przez ścianki namiotu) wyraźnie wskazuje, że ludkowie ryby łowić będą i poczeli odpowiednie ku temu działania. I tu zaczyna się moja przygoda z tymi wszystkimi metodami i nowinkami. Sami swoi, więc beztrosko biegam pomiędzy potężnymi kulkami mocy Ostała, pomysłami Karola, a znacznie lżejszym kalibrem stosowanym przez Arka i Elvisa. Grendziu też ma swój sprzęt i kombinuje co użyć, a czym mnie wesprzeć. Nie ma co ukrywać, postanowiłem być jeno drobnym łowcą i jakiegoś bata planowałem poużywać. Ale wraz z upływem czasu, pogaduszkami z każdym z kolegów, odwiedzinach i spacerach, bat ów mało używany został. Hmm, mam wrażenie, że wcale mi to nie przeszkadzało i nie widzę żadnego uszczerbku w zabawie tudzież wrażeniach.

            Przyglądając się Ostapowi, nękałem go w temacie potężnych zarzutów przynęty a jednocześnie fajnie było pooglądać jego łódkę zanętową w akcji. Grendziu za to bawił się w mieszenie składników „oszołamiających” ryby, wspierając się robactwem wszelakim.

            Zrobiło się jasno i wtedy dostrzegłem zabawnie wyglądający samochód, którego przednia szyba pokryta była wszelkiej maści zanętami i traktorami wędkarskimi, jak się okazało, naszego dobroczyńcy, firmy: MacKarp. Nie dość, że była okazja protestować ów sprzęt, to i wygrać można było trochę zapasów.

            Dzień się rozwijał, tu i ówdzie odbywały się pogaduszki, koledzy techniki i pomysły zmieniali jak tu rybki przechytrzyć, co pewien czas ktoś rybę upolował i do wagi się przymierzył. Nie ma to jak połączenie koleżeńskiego spotkania z beztroską rywalizacją wędkarską. Dzień trwał, radośnie, rybnie, w ciepłej atmosferze powietrza (choć dość zimnej wodzie: 8°C). Do wieczora rybek złowionych przybyło, jakieś przekąski i zakąski też były. Pogaduszek też nie brakowało, ale to nic, gdy pojawiło się pewne auto, którym kobitki zajazd zrobiły (pierwszy zajazd w bieżącej RP, pomijając Mickiewiczowski ostatni zajazd na Litwie).

            Mała wraz ze swoją świtą wręcz kwartet uczyniły. Nie dość, że część z nich miała skażenie wędkarskie, to i entuzjazmem zarażały wszystkie i wszystkich. Oj, to był bal. Śmiech, ogólna wesołość, wszędobylskie pogaduszki kontra chęć łowienia rybek. Wbrew pozorom wszystko się pogodzić dawało. Nie wołać mnie na świadka imion, bom stary i skleroza szybka jest. Mam zaś nadzieję, że nastrój przez nas wytworzony, udzielił się wszystkim i wespół zadowolenie panowało.

            Gdy wieczór dnia sobotniego nastał, czas było w namiocie się skryć. Gdzieś w tle słychać było zarzucanie wędek, holowanie ryb, planowanie.

            Niedzielny poranek, to ostatnie godziny naszej rywalizacji wędkarskiej. Od brzasku wędki pracowały i przynosiły efekty. Coraz to ktoś donosił o nowej rybie, co powodowało przetasowania w tabeli wyników. Rano też pojawili się koledzy polujący na drapieżniki, zresztą skutecznie. Zawsze to pewna odskocznia od tych „kulkowych” przynęt.

            Gdy po godzinie ósmej, Grendziu obwieścił zakończenie zawodów wędkarskich zlotu dlaRyb, to rozpoczęło się podliczanie wyników oraz kontemplowanie ostatnich godzin wspólnego spotkania. Powolne acz czasami mozolne pakowanie swych gratów okraszone było śmiechem towarzystwa oraz rybacko-wędkarskim podsumowaniem zlotu. Ot po prostu, przygotowaliśmy i pożarliśmy gromadnie dwie rybki, spośród tych złowionych na łowisku (oczywiście za specjalną zgodą właściciela wody). Zabawa w pitraszenie rybek wraz elementami mojej indoktrynacji naukowej była kolejną odskocznią od rzeczywistości. Mam tylko nadzieję, że gadulstwem swoim słuchaczy nie przerażam i nienawiść wzbudzam jeno umiarkowaną.

            Nastał czas odjazdów, nieuniknionych. Pojedyncze osoby wyjeżdżały, później większe ekipy, na koniec Grendziu przechwycił mnie i w drogę. Kilka dni nad Ługami Wałeckimi przeszły do trybu: dokonane.

            Bez podsumowania się nie obejdzie.

            Serdeczne podziękowania dla wszystkich którzy pojawili się na zlocie dlaRyb. Równie gorące podziękowania dla darczyńców wspierających zlot i fundację dlaRyb, oraz dla właściciela wody, nad którą mieliśmy okazję przebywać. Wyrazy wdzięczności również dla wszystkich, którzy odwiedzają nasze forum i wspierają nas pomysłami, a z przyczyn wszelakich nie mogli się pojawić na naszym spotkaniu.

            No i specjalne podziękowania dla: Grendzia, Elvisa, Arka, Ostapa, Karola oraz Małej wraz z dzierlatkami, za to, że ów zlot mógł się odbyć, dobrzy ludzie pomagali sobie (nie wykluczając mej postaci), nastrój był niesamowity i przyjacielski oraz to, że trzeba tak trzymać i planować kolejne spotkanie.

            Mówię to ja, czarny charakter nie dość że z wyglądu to i z charakteru. :P

Kotwic

Nie samym wędkowaniem człowiek żyje...

Dawno nie uzupełniałem bloga, bo pracy dużo a czasu mało.

Czas jednak wrócić to aktywności, bo zawsze coś jest do opisania.

Teraz trafiła się okazja, by zachęcić czytelników i wędkarzy (oczywiście nie tylko ich) do tego, by rozwijać swoje zainteresowania i poszukiwać źródeł informacji.

 

Niebawem, bo już od jutra rozpoczyna się konferencja naukowa, a dokładnie: XXI Krajowa Konferencja Rybackich Użytkowników Jezior, Rzek i Zbiorników Zaporowych.

Dwa dni wykładów, spotkań i dyskusji na tematy związane z rybami, rybakami, wędkarzami, akwakulturą i wieloma innymi powiązanymi z ekosystemami wodnymi i nie tylko.

Zainteresowanym podaję adres internetowy, gdzie można znaleźć dokładniejsze informacje i program konferencji:

http://www.infish.com.pl/content/xxi-krajowa-konferencja-rybackich-użytkowników-jezior-rzek-i-zbiorników-zaporowych

 

Ale skoro mówimy o nauce, to wspomniane spotkanie, nie jest odosobnione w grafiku. :D

Dla zainteresowanych głównie akwakulturą, rozrodem i podchowem ryb oraz innymi aspektami w omawianym zakresie, proponuję zapoznanie się z programem konferencji "Wylęgarnia".

http://www.infish.com.pl/content/konferencja-wylęgarnia-2016

Zostało jeszcze trochę czasu, by spokojnie zaplanować wyjazd i odwiedzić Olsztyn.

 

Dla osób, które lubią bardziej widowiskowy sposób wyrażania i przekazywania wiedzy, atrakcją może być ta propozycja:

http://www.infish.com.pl/news/instytut-rybactwa-śródlądowego-po-raz-kolejny-zaprezentuje-się-podczas-europejskiej-nocy

 

Serdecznie zachęcam do udziału w takich spotkaniach i konferencjach, bo jest to znakomita okazja do wymiany doświadczeń, zadania pytań, znalezienia odpowiedzi i to bezpośredniego kontaktu z wieloma osobami odpowiedzialnymi za zarządzanie naszymi wodami, rybami, prawem.

 

Gdzieś w pamięci mam jeszcze informacje o konferencjach organizowanych przez Urzędy Marszałkowskie, jak dotrę do odpowiednich odnośników, to uzupełnię listę.

 

 

 

 

 

Kotwic

Uniwersytet Warmińsko-Mazurski: rybactwo śródlądowe (i nie tylko).

            Trochę sentymentalnie będzie, trochę opisowo, odrobinę promująco. :P

            Kilka lat po wojnie, w wyniku połączenia dwóch innych uczelni, w Olsztynie powstała Wyższa Szkoła Rolnicza (1950 r.). Niedługo później powołany został Wydział Ochrony Wód i Rybactwa Śródlądowego (1951 r.). Prowadzili go znamienici wykładowcy, kształcąc wielu swoich podopiecznych. Wydział trwał, rozwijał się, zmieniał.

            Zmieniała się również cała Uczelnia. W 1972 roku Olsztyńska WSR została przemianowana na Akademię Rolniczo-Techniczną im. M. Oczapowskiego. W strukturach AR-T istniało wówczas kilka wydziałów i wiele kierunków nauczania. Oczywiście Wydział Ochrony Wód i Rybactwa także był obecny i aktywny, pomimo zawieruch ustrojowych i organizacyjnych. Kortowski campus w pełni oddawał klimat uczelni i możliwości logistyczno-rekreacyjne.

            Plan powiększenia potencjału edukacyjnego skłonił władze trzech uczelni do współpracy i pod koniec drugiego tysiąclecia naszej ery (1999 r.) powstał Uniwersytet Warmińsko-Mazurski. Przybyło wydziałów, kierunków nauczania, miejsc, w których prowadzono zajęcia, studenckich noclegowni i knajpek. Wydział „zielono-niebieski” (jak to śpiewali studenci) przez chwilę trwał w dotychczasowej nazwie, niebawem jednak zmienił się w: Wydział Ochrony Środowiska i Rybactwa. Nauka trwała, wielu absolwentów Uczelni znalazło pracę w zakresie ochrony wód, środowiska, rybactwa, nauki. W międzyczasie na wydziale „ochroniarsko-rybackim” rozpoczęły działalność studia doktoranckie, umożliwiające kontynuację kształcenia w w/w profilu.

            Kilka lat temu Wydział istotnie zmodyfikował swój profil kształcenia oraz nazwę. Obecna nazwa to: Wydział Nauk o Środowisku. Zmienił bądź rozszerzył się kierunek kształcenia. Niemniej, znaczna część kadry ciągle tkwi na posterunku, a wsparta swoimi „dorosłymi i wykształconymi” podopiecznymi tworzy potencjał wydziału.

 

            Czemu o tym piszę?

Może dlatego, by poinformować, że wydział „ochroniarsko-rybacki” ciągle istnieje. :lapeche:

Może też z tego powodu, że fachowcy z zakresu gospodarowania wodami i ichtiolodzy są ciągle potrzebni, a w/w wydział takowych kształci.

Kto wie, czy przyczynkiem nie jest także 65 lecie istnienia wydziału „ochroniarsko-rybackiego” i okazja by złożyć wszystkim pracownikom szczere życzenia i podziękowania. A, że znam pracę wielu (a pewnie większości) pracowników omawianego wydziału i zdaję sobie sprawę, że różnie to bywało w studenckim życiu. Ale jest co wspominać i jest za co dziękować. :champagne-2010:

            Sam jestem absolwentem Olsztyńskiej Uczelni (trafił mi się czas przeistoczeń: ART w UWM) i bardzo dobrze wspominam czasy, które spędziłem w Kortowie. Wiele jezior, rzek, Parków Narodowych było celem naszych wydziałowych wypraw naukowych, gdzie i rybactwo i survilal szły pod rękę. Mnóstwo osób z którymi wspólnie szła nauka, jak i wspólnie się pracowało. Wiele z tych osób ma zasłużone stopnie naukowe i osiągnięcia, co tym bardziej jest miłe, że są to byli wykładowcy lub koledzy z ławki.

            No i chyba najsmutniejszy aspekt rozważań. Pomimo trwania wydziału (mimo zmienianych nazw) wespół ze licznym i doświadczonym zespołem wykładowców i pracowników, ostatnimi czasy kierunek rybacki zasilany jest umiarkowaną liczbą studentów. :(

            Mimo, uporczywego narzekania na słabe wody i niedobór ryb, niewielu jest chętnych do kształcenia w tym zakresie i dążenia do poprawy owego stanu.

 

            W podsumowaniu można powiedzieć:

- kończy się obecny rok szkolny (a także akademicki) ,

- rozpoczyna się czasy wyboru szkół wyższych,

- dla fascynatów: rybactwa, wędkarstwa, przyrody okołowodnej jest okazja do zdobycia wiedzy i umiejętności.

- dla szukających niszowych acz ciekawych zawodów trwa coroczna okazja do podjęcia nauki w nietypowym zakresie tematycznym.

 

            Na koniec kilka oficjalnych materiałów Wydziału Nauk o Środowisku:

 

 

0001.jpg

0002.jpg

rybactwo UWM.jpg

Kotwic

Sprzęt wędkarski – archaiczny, ale łowi, część I (cdn.).

 

 

            Tak, ja też zauważyłem, że mamy XXI wiek. Sprzęt się zmienił, sposoby połowu, świadomość i wiedza.
            Pomimo to, idąc na ryby wybieram się tam z  chęci kontaktu z naturą, a przy okazji przechytrzenia ryb. Może dlatego, nie pędzę za nowinkami, ale lubuję się w sprzęcie który posiadam, a równocześnie rzadko wymieniam.

            Plecak, wędki, akcesoria wędkarskie, drobiazgi i dodatki przypadkowe. Teraz jednak napiszę o pomniejszym sprzęcie.
            Oprócz naprawdę nielicznych wypraw, na cały dzień lub nockę, idąc narysy mam na myśli łowienie przez 2-4 godziny. Moja ulubiona metoda to bat, choć czasami uzupełniam go wędką z kołowrotkiem (moja mieszana opcja match-odległościówka-gruntówka.

W połowach batem najwspanialsza jest beztroska i lekkość. Stąd sprzęt którego używam, to minimalizm w czystej postaci. (zdjęcia: 1, 2, 3).
Fot. 1.jpgFot. 2.jpgFot. 3.jpg

            Niosąc niewiele sprzętu (2 baty, 1 kij z przelotami, czasem zabiorę spinning. Zawsze to jakaś odmiana, a pudełko z przynętami to drobiazg (zdjęcie 4).
Fot. 4.jpg
            Bywa, że jadąc w „teren” mam nadzieję na połów ryb wędką i wtedy zabieram takie fikuśne pudełeczko z wyposażeniem (zdjęcia 5-6).
Fot. 5.jpgFot. 6.jpg
Niewielkie, solidnie się zamyka, nie psuje się od noszenia na dnie plecaka. Takie coś lubię.
            No ale to już opisy poza tematem zasadniczym. Batem łowię lekko, stąd kilka spławików o „wyporności” rzędu 0,5-2,0 g. Do tego spławiki do wędki „odległościowej”. Różne, bo zawsze coś sobie wymyślam.
            Wiele z tych spławików jest podrapanych, pękniętych, itp. Mam czas to je naprawiam i lakieruję, nie chce mi się, to biorę inny. Ale zawsze jest coś pod ręką, co mogę założyć do zestawu. Do przechowywania spławików przydaje się rozkręcana tuba. Lekko, trwale, wygodnie (zdjęcie 7).
Fot. 7.jpg

            W pudełku widać „wbite” haczyki, luźne krętliki, gumki, ciężarki, miarkę. To akurat pudełko mam ze 2 lata. Bardzo mi odpowiada. Przesuwane przegródki, niewysokie, a jednocześnie „niepękające”. Żeby urozmaicić wyjaśnienia, napiszę:

- Podczas mojego ponad 25-letniego łowienia ryb, moje ulubione firmy produkujące haczyki to: Mustad, VMC, Gamakatsu. Kolejność wynikająca z dostępności tego sprzętu (Mustada używałem od początku i długo, VMC polubiłem za kilka modeli, Gamakatsu to moje ulubione haczyki, ale pojawiły się najpóźniej z w/w) (stąd też zdjęcie nr 8), może nie jest to model, którego najczęściej używam, ale to jeden z tych właśnie.
Fot. 8.jpg

            Żyłki główne „kupuję” dość dowolnie i przypadkowo, to „przyponówek” bardziej się przykładam. Ale w obu wypadkach jestem zadowolony z wyboru.

            W zestawie na ryby mam oczywiście pudełko ciężarków, szczypce do wyjmowania haków i rulon worków na śmieci. Cały zestaw sprawdza się w wielu sytuacjach.

            Było dotąd o standardowym sprzęcie, pora przejść do wynalazków. :
Zdjęcie nr 8 pokazuje równocześnie prezent od kolegów z portalu (nie pomnę który mnie akurat tym obdarował, ale to chyba Arek, a może Elvis J) Do tej pory nie bawiłem się w takie „kulki” ale kto wie.
            Co lepsze, nasze spotkanie i negocjacje przyniosły mi do domu mini-podajniki (zdjęcie nr 9) autorstwa Elvisa. Mam kilka pomysłów jak tego użyć.
Fot. 9.jpg
            No i na zakończenie zdjęcie „zakupów” ze wspólnie nawiedzonej Rybomanii w Poznaniu (zdjęcie 10).
Fot. 10.jpg
Teraz trzeba czasu by ciekawie i skutecznie użyć tych nabytków.
            Ze względu na to, że wielu forumowiczów zdołałem poznać osobiście i z nimi zdrowo „dyskutować”, słuchając jednocześnie ich rad i uwag, a nawet otrzymując sprzęt.
DZIĘKUJĘ IM SZCZERZE.
            Postaram się z rad skorzystać a w wrażenia opisać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kotwic

Moc Internetu

            Lubię czytać, zwłaszcza książki (zwłaszcza, gdy 30 lat temu nie było innej opcji). Internet też lubię przeglądać, czytać, omijać.
            Pisząc w sieci łatwo jest wyrazić swoje emocje, bo często pisze się je dość anonimowo. Bywa jednak, że powoduje to pewną powierzchowność, bylejakość, a czasami wręcz pozoranctwo.
            Przeglądam różne strony, szukając ciekawostek i nowinek (nie, nie technicznych, ale merytorycznych).

            Dziś natknąłem się na piękny wpis na blogu: http://www.wedkuje.pl/wedkarstwo,wedkarskie-forum-narzekacze-pouczacze-i-oglupiacze,88429

Nie to, że promuję inne forum i wspieram tamtejsze reklamy. To treść, która mnie urzekła.
Autor swobodnie i sensownie podaje to co widać w sieci, wraz z własnymi i słusznymi odczuciami. Jakże blisko jestem tych uwag, tych sentencji, tych wywodów.
            Może z lenistwa nie chciało mi się poruszać tematów krytykujących wędkarzy, może też zrażony niezrozumieniem na innej witrynie odpuściłem sobie uczestnictwo w hucpie.

Niemniej, świadomość wędkarska i mentalność to zawiły i trudny temat. Mam nadzieję, że powoli wszystko się unormuje a jednocześnie wielu narzekających zacznie działać, zamiast wyłącznie narzekać.

Równorzędnie widać, że Internet to nośnik treści. Zwykły człowieczek może sobie obejrzeć film, gdzie ktoś opowiada o tym, czego inny zwykły człek nie zna:

https://www.youtube.com/watch?v=SJ2Gd8wmSyM&feature=player_embedded

Udzielam się rzadko, ale czytam dużo. Pomimo, że na forum jerkbait.pl nie ma zbyt wielu moich wpisów, to nie oprę się pokusie, by nie zacytować styl Sławka (choć go nie znam):

http://jerkbait.pl/blog/6/entry-369-wczoraj-albo-kiedy%C5%9B/

No i pozdrowienia dla Roberta, Olka oraz bandy forumowiczów których miałem okazję poznać w ciągu ostatnich 10 lat, poznać poprzez to forum: http://www.wcwi.pl/index.php?option=com_zoom&Itemid=182.
 

To, to właśnie jest moc Internetu. Mieć możliwość porozumiewać się ze sobą na odległość.

Wyrażać swoje opinie, dyskutować, pytać; siedząc przy biurku, pisząc ze smartfona, czytając gdziekolwiek.
Mam nadzieję, że tutaj, na naszym forum i blogu, spełnię swoje zamierzenia i będę trybikiem w tej wielkiej internetowej sieci. xD

 

Kotwic

Wiosna idzie

            Wiosna coraz bliżej, astronomiczna wręcz za trzy tygodnie.

Nawet przedłużony luty nie straszny jest, gdy za oknem od kilku dni temperatura oscyluje wokół 0°C. Kanały i rzeki już drożne, jeziora miejscami lodem skute, ale są też takie, które chlupią wodą aż miło. Zdarzają się dni, gdy temperatura rzędu kilku stopni powyżej zera pobudza do życia i zachęca do wyjścia nad wodę, czy to na spacer, czy też może na ryby.

            Teraz tylko pozostaje opłacić zezwolenie na połów rybek, zaplanować, które wody będą w tym roku celem wycieczek, które zaś mogą dać frajdę z wędkowania. Sprzęt powoli przyszykować, sprawdzić, poprawić, dopasować.
            Na Mazurach woda wciąż zimna, jeszcze nie widać oznak poruszenia wiosennego, szczupaków sunących na tarło, płoci buszującej na płyciznach. Ale to niebawem, może już w marcu, może dopiero w kwietniu. Natura ma swoje prawa, czasami bywa zaskakująco zmienna.

Gdy już się ociepli, można będzie wyjąć bacik i spokojnie, beztrosko i miło „poćwiczyć” ryby w najbliższej okolicy. Sam lub z rodziną, zależnie od pogody i zapału.xD

Kotwic

Rybomania Poznań 2016 r.

Rybomania.

Poniosło mnie, poniosło do krainy gdzie na pospolity ziemniak mówią „pyra”. Jeden kolega (Grendziu) wołał by tam dotrzeć, drugi kolega (Andrzej) w drodze dołączył i dzielnie wspierał. Po przybyciu do Poznania (wieczór piątkowy) oczom ukazał się Elvis. Czwórka to już niezła paczka, ale do „wozu” i pięciu się zmieści. Czekamy na Arka, jest, idzie, wsiada. :P

Wieczór pod wezwaniem: debat, dysput, kłótni, rozważań, krzyku i planowania.
Niesamowite, jak wiele jest do opowiedzenia. Jak dużo każdy chce przekazać lub się dowiedzieć. :D

Plany i uzgodnienia trwały do rana. A rano czas na takie swoiste „Święto Dyszla”. xD

Targ, rynek, Rybomania.

bilet.jpg.6178db07e4f98ddc4ca2d5fd378c76

Mekka nawiedzonych pielgrzymów, pogromców ryb i wędek (myśliwych i wodniaków pomijam, niech sami sobie opiszą Rybomanię).;)
Hala jest wielka, wystawcy licznie przybyli, odwiedzający tworzą zwarte „potoki” płynące między barierkami. Ale co tam, toć to Targi Wędkarskie.

Ja, starej daty człowieczek, znam kilka firm, które czasami użytkuję, idę więc pomiędzy stoiskami i oglądam. Szukam głównie ciekawych batów – uklejówek, choć i materiały PVA mi wpadły do głowy. Znalazłem Trapera, Jaxona, Daiwę, Shimano, chyba Salmo widziałem, coś mi dzwoni Tandem Baits. Koledzy to maniacy, na bieżąco są z nowościami: Grendziu prowadzi do Ringersa, Elvis i Arek wskazują inne firmy których nawet nie nazwę, Andrzej podprowadza do Tubertiniego. Gdzieś po drodze stoisko Mivardi, przypadkiem widzę Grubą Rybę i McKarp. Echosondy, to lubię bo używam, trafiło się Lowrance.
Im dalej tym więcej drzew (czyt. stoisk). Dobrze, że wiem co chcę kupić i że nie zamierzam kupić nic więcej. B|
Ludzie chodzą, oglądają, targują się, kupują. Część niesie wędki, ktoś może kołowrotek, widzę tragarzy zanęt i przynęt, tudzież siatek na ryby i podbieraków. Mam wrażenie, że wielu przybyłych skorzystało z oferty targów (część kolegów też coś poniosło do domu) :D. Wydaje mi się, że Targi dały szansę na prezentację sprzętu i częściowo na zakupy. Organizacja zupełnie sprawna: stoiska firmowe, wsparcie kulinarne, osprzęt dodatkowy oraz branże współpracujące (ciekawie wyglądało stoisko Fundacji Ratuj Ryby).
Liczbę osób odwiedzających i liczbę stoisk, pewnie podsumują organizatorzy. Niemniej to widowisko które robi wrażenie i zostaje w pamięci (dla niektórych i w kieszeni).
Zbieżność terminów: Rybomanii i powołania Fundacji dlaRyb jakoś tak kusi, by w nieodległej przyszłości być nie tylko gościem, ale i gospodarzem (choćby niewielkiego kawałka podłogi). xD

Kotwic

Szkoda, że Indianie z obu Ameryk w czasach najazdu na ich terytorium, nie posiadali dostępu do Internetu. xD Popularny wówczas sposób weryfikacji zdarzeń (trans szamana + znaki dymne itp.) nie sprawdziły się i wiele się zdarzyło. A wystarczyłoby wszak odpalić sieć i sprawdzić, ile są warte te szklane paciorki oraz czy koce sprawdził ówczesny Sanepid. :P

Handel, oczekiwania, żądze i naiwność idą jak bracia w szeregu: razem, przodem, na rozkaz. :S

Minął czas niedostatku, gdy wędkarz nasz Polski, kupił to co w sklepie było, bo w sumie niewiele było i wyboru nie miał. Wędka bambusowa, żyłka Stilon Gorzów, kołowrotek Relax to częstokroć marzenie czasów minionych (wersja elitarna to: wędka Germina/Daiwa, żyłka Siglon, kołowrotek DAM lub Mitchell). Dawno – niedawno, jakieś 25 lat temu, choć pisząc: ćwierćwieku brzmi to odleglej.
Teraz mamy świat inny, nowszy, bardziej wyuzdany. Ale pozostało to co kiedyś: handel, oczekiwania, żądze i naiwność.:D

Internet daje wielką dostępność do informacji, opisów, zdjęć, witryn sklepów, stron z poradami.

Kto ma czas to szuka, kto szuka – znajduje, kto znajdzie – chce kupić, kto kupić zamierza – „pomacać” sprzęt chciałby itd., itp.
Palce w łapkach (czyt: kończynach górnych) już swoje zrobiły, towar namierzony, opinie sprawdzone, ceny znane. Czas na ruchy mozolne odnóży dolnych, wycieczka do sklepu znanego od lat (o ile nie padł jeszcze). Słowa do sprzedawcy skierowane, brzmią najczęściej:

- posiada Pan/Pani (bo i kobiety w takich przytułkach pracują) wędkę o nazwie? Kołowrotek = model taki? Żyłkę najlepszą bo firmy? etc.;)

I zaczyna się łączenie zdolności organoleptycznych (macanie, oglądanie, kręcenie, nasłuchiwanie itp.) z wytężoną pracą mózgowia i okolic sąsiednich. xD

Wędka pracuje właściwie, dobrze w ręku leży, kręciołek nawija bezgłośnie i piszczy gdy szarpnie nim zwierze, żyłka mocna zaiste bo palce pocięte przy „rwaniu” a haczyk to chirurg wyciągnie (toć widać było że ostry i mocny).

Radość sprzedawcy w oczach widoczna (klient wszak zadowolony) zamienia się jednak w nostalgię (kiedyś to było lepiej), klient radosny triumwirat uprawia (moczykij, obsługa i ponętny Internet). Zakup robaczków (bo głupio wyjść pusto) dopina transakcji i w niebyt odprawia wszelakie złudzenia.

Bo przecież w tym sklepie, co jest na ulicy, towary są drogie (internet tak mówi), wybór mizerny (choć było co trzeba), a ów Pan z obsługi to zdzierca nieludzki (zapewne milioner co złupił miliony).

Historia osądzi, choć może zbyt późno, gdy sklep do „macania” ostanie się jeno w stolicy imperium i droga daleka do niego nas czeka. xD

Kotwic

Zima trwa

Zima mnie trochę zaskoczyła. Mimo, że pojawiła się w typowym terminie, wygląda jak to zima na Mazurach, to z dziwnych powodów nie zdążyłem się na nią przygotować. xD

Jasne, ubranie jako takie mam, lód też nienajgorszy (grubość lodu około 20 cm) ale sprzętu do łowienia brak. Tak dawno nie wybierałem się na połowy podlodowe, że wędka (jeno jedną miałem) zagubiła się w miejscach nieznanych, a pierzchni ostatnio używałem jedynie przy połowie siecią: niewodem. Jasne, że mógłbym zakupić nową wędkę oraz osprzęt do łowienia wraz z zezwoleniem na połów ryb, ale jakoś brak czasu i to „zaskoczenie” nie przygotowało mnie do bieżącego sezonu. Zabawne, na lodzie byłem kilka razy, spacery, łyżwy z dzieciakami, jakieś ogniska i plenery. Ale o wędkowaniu nie pomyślałem w tym roku. Wykorzystam więc wolny czas (zdarzają się takie chwile), pozwiedzam jezioro, pomyślę gdzie i co łowić i albo skuszę się jeszcze na łowienie w lutym i marcu, albo przygotuję sprzęt na następny sezon. :P

Najbliższe jeziora znam z grubsza, wyprawy na okonia i płotki można w miarę łatwo zaplanować. Wyzwaniem jednak jest poszukiwanie większego leszcza albo polowanie na sieję lub miętusa (oczywiście po zakończeniu okresu ochronnego).

Czasami, może z lenistwa a może z sentymentu, brakuje mi w pobliżu rzeki. Na tyle wartkiej, że przy dość „spokojnej” zimie nie zamarzała. Można było wyjść z wędką i ukryć się przy zakolu i połowić ospałe rybki, lub przepływanką pomęczyć płotki i krąpie.

Oczywiście, nie samymi rybami człowiek żyje. Zima, lód i śnieg dają sezonową, acz ciekawą alternatywę: łyżwy, narty, bojery, sanki, spacery po lodzie. :D

Zima i pokrywa lodowa, to także czas, gdy niektórzy wędkarze (niekiedy rybacy lub użytkownicy „zasobów naturalnych”) wykorzystują po budowy, remontów kładek i pomostów, koszenia trzciny, utwardzania stanowisk połowowych.

Zima nie jest zła, można ją wykorzystać do swoich celów. Zwłaszcza, że w naszym klimacie lód utrzymuje się ledwie 2-4 miesiące w roku, a reszta to woda, woda, woda. xD

Fot. 5.jpg

Fot. 6.jpg

Fot. 7.jpg

Fot. 8.jpg

Fot. 9.jpg

Kotwic

Zimowe klimaty

Nastał czas zimy, ostudził zapał, przykrył szarą codzienność.

W zależności od temperatury powietrza, woda zachowuje swą płynność, lub zamarza. Niekiedy jednak nawet temperatury bliskie 0°C wobec silnych wiatrów, nie pozwalają by jezioro zamarzło. Ale i wiatr cichnie, mróz narasta.

Tuż po Świętach niewielkie jeziora (zwłaszcza płytkie i osłonięte lasem) zamarzły. Pokryły się kilkucentymetrową warstwą litego lodu.

Wystarczył zaledwie tydzień solidnego mrozu (nocą około -15°C) a widziane z ona jezioro Niegocin (powierzchnia 2604 ha) zamarzło.

Wspomniane powyżej małe jeziora śródleśne mają teraz pokrywę lodową o grubości 21-22 cm, a nieodległe, prawie jezioro (prawie 100 ha powierzchni), w ciągu tygodnia zamarzło i pokryło się warstwą lodu o grubości 15 cm.

Lód wygląda solidnie, jest gładki, jednolity. Jeśli nie będzie żadnych niespodzianek lub miejsc nietypowych, będzie ciekawym miejscem na spacer, wędkowanie albo aktywny relaks: łyżwy lub bojery.

Jak widać zima nie jest taka straszna jak może się wydawać, może za to zaoferować atrakcje które są niedostępne w ciepłej porze roku.

No i samo wędkowanie.
Łowienie podlodowe to szansa na dotarcie do miejsc niedostępnych z brzegu, tych które nawet na łódce są trudno osiągalne. No i oczywiście specyfika łowienia podlodowego. Polowanie na okonia na stokach górek podwodnych, łowienie płotek na mormyszkę, czy też wyprawy w poszukiwaniu głębokich miejsc, gdzie jest szansa, że trafi się sieja i skusi się na naszą błystkę.

 

I niestety, rozsadek, który nie może ulec żądzy łowieckiej a niekiedy pazerności.

Lód jest zdradliwy, odwilż znacznie osłabia jego wytrzymałość, płynąca woda utrudnia wytworzenie zwartej, grubej pokrywy lodowej. Odpowiedni ubiór, dobre zabezpieczenie i rozsądek to najważniejszy zestaw podczas wypraw na lód.

Kilka fotek zimowych.5691210bb23bb_Fot.1.thumb.jpg.179a51f240

Fot. 2.jpg

Fot. 3.jpg

Fot. 4.jpg

Kotwic

Rok się skończył, zaczął Nowy, jak to zwykle: przełomowy.

Nie, nie wiem, jaki to będzie rok. Nie zgadnę i nawet próbować nie będę. Ale zawsze każdy nowy rok jest inny, nawet, jeśli w zmiany nie wierzymy, a wręcz zaklinamy by było tylko dobrze.

Wiem natomiast, że to co chwil kilka temu odeszło w czas przeszły, to tylko symboliczna data: 01.01.-31.12.2015 r.

Ileż to razy czytałem dotychczas, że: ryby wyłowione, rybacy-pazerniacy, kormorany-pożeracze, PZW-betoniarze, wędkarze-męczenicy za cały lud nasz pospolity. Jak zwykle brzmiały pieśni żałobne, że zezwolenia na połów drogie, że wszędzie kombinują, że ktoś powinien coś zrobić, że nic się nie da bo to „oni” są winni itp. Dorzucając do tego potencjalne zmowy producentów wędkarskich, łupieżców w sklepach wędkomaniackich, „nieludzkie” rejestry połowowe dochodzę do przekonania, że sport wędkarski jest rodzajem pokuty, za grzechy dokonane oraz te zaplanowane.

Ni groma nie widzę zadowolenia wśród braci moczykijów, że mogą mieć kontakt z naturą i rybą wszelaką, że mogą tanio odpocząć i pokazać swe umiejętności: sobie, bliskim, konkurentom (niepotrzebne skreślić). Wszechobecna żałość, że rekordu ktoś nie pobił, że inny ryb za mało złowił, że woda za ciepła, że rzeka za płytka.

Ot norma, ot codzienności obrazek corocznie w ramki oprawiany.

Ale to nie cel tego co piszę, bo ja inaczej to widzę.

W 2015 r. a rybach byłem pewnie ze dwadzieścia razy. W większości z rodziną, w większości na wodach nieodległych. Rybki brały prawie zawsze (wyjątkowo raz nic nie złowiliśmy), drobnica jak zwykle, ale na tą drobnicę się nastawialiśmy. Miały być płocie i leszcze – były. Szukaliśmy uklejek – złowione. Trafiliśmy na miejsce gdzie wzdręgi powinny pływać – potwierdzone (ot takie 28-32 cm.). Radość młodzieży, fajny wypoczynek, pełne płuca Mazurskiego powietrza.

Nie mogę pominąć tego, że to wędkowanie przeszło w czyny poboczne, kilka słów w sieci, kilka telefonów i dokonało się spotkanie kilku napaleńców (co zresztą widać po zaistnieniu forum).

Upłynął rok, całkiem dobry, chociaż dziwny czasami.

Zaczął się nowy rok. Trzeba go za rączkę prowadzić, pokazać mu jak można działać, jak pesymizm omijać, jak lenistwo przełamać. Pokazać mu jak żyć, by życie to miało sens, by przynosiło radość, efekty. By żyć było warto. I wierzyć, że to co teraz zrobimy, w przyszłości zaprocentuje.

Kotwic

 

Święta się zbliżają, te „rybackie”, jak co roku, jak zwykle też zimą, tradycyjne lub przetrącone nowoczesnością lub modą. Jak kto woli, jak kto lubi.

To co połączy bieżący rok z tymi co już upłynęły, to rybka na Wigilijnym stole.

Karp kupiony w ostatniej chwili (tak by nacieszyć się jego widokiem, a niekiedy i pluskaniem w wannie), ten który pozwala poczuć jego energię, wchłonąć jego siły witalne. To jest tradycja.

Ale idzie nowe, jak wszędzie, jak zawsze.

Coraz bardziej przejmujemy się losem braci mniejszych, częściej myślimy o zwierzętach jako współtowarzyszach, przybywa zrozumienia i uświadomienia. Przybywa też działań nijakich, czasami wręcz chaotyczno-bezmyślnych.

 

Święta najbliższe to czas gdy do akcji ruszają obrońcy, różnej maści obrońcy i wyzwoliciele. W tym wypadku głównie popularyzatorzy ratowania ryb biednych (głównie karpia) przed bestialskim unicestwieniem w podręcznej torebce. Są też propozycje by rybę kupić i wypuścić, ot taka oddolna inicjatywa z odgórnym przyklaskiem samowoli.

 

Apokalipsa nadciąga, biada nam biada.

Rybak ryby się wyrzeknie, wędkarz wędki porzuci, człek miast ryby zjadać, oswobadzać je będzie.

 

A może jednak trzeba postawić się w roli świadomego obywatela?

W Polsce produkcja karpia waha się w granicach 15 000-23 000 ton/rocznie (ryby towarowe).

Są to ryby duże, o masie (1-2,5 kg) przeznaczone głównie do konsumpcji (w niewielkim tylko stopniu wykorzystywane są do zarybień). Skoro są więc sprzedawane po to by je zjeść, to działaniem lekkomyślnym jest proponowanie by takie ryby wypuszczać.

Druga sprawa. Wody płynące są własnością Skarbu Państwa, a zarządzane są w jego imieniu przez odpowiednie organy (do pewnego momentu przez RZGW, później przez „użytkownika rybackiego”). Co więcej, prawnie są ustalone zasady, kto może ryby łowić, kto może dokonywać zarybień, na jakiej podstawie i w jakiej ilości można łowić i zarybiać. Są prawne ograniczenia dotyczące sortymentów ryb które mogą być wypuszczone do wody, są ograniczenia ilościowe dla niektórych gatunków (głównie karp). Są prawne zakazy pewnych zarybień ze względu na specyfikę ekosystemu wodnego. Są prawne nakazy eliminacji gatunków niepożądanych i obcych. Czy ktoś kto przygotowywał takie dokumenty (a istnieją one wiele lat), nie dążył do tego, by zapewnić pewien jakościowy poziom gospodarowania zasobami? Czy z racji mody lub pewnej dozy nieświadomości trzeba prawo ignorować lub łamać?

Chaotyczne, dzikie, nieupoważnione przenoszenie i wpuszczanie ryb do wód otwartych jest naruszeniem prawa, czyli wręcz czynem karalnym. Nie jest to jak widać akcja oswabadzania nieszczęsnych karpi, tylko bezprawna ingerencja w środowisku naturalnym.

Gdzieś w oddali pewnie brzmią głosy, ale jak to: chcemy pomagać, ratować, coś chcemy robić.

No to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zażądać humanitarnej egzekucji ryby, następnie w serdecznej atmosferze spożyć zdrowe (i częstokroć dość ekologiczne) mięso rybie i spokojnie pomyśleć, gdzie można zrealizować swoje chęci pomocy.

Można wrzucić kilka talarów do skarbonek tych, których uważamy za godnych naszego datku. Tych co proponują dbać o przyrodę działaniami edukacyjnymi, tych co starają się ograniczyć zanieczyszczanie wód naszych, tych co sprzątają całe to człowiecze niechlujstwo, ziejące szkłem butelkowym, folią wszelaką, zatopionym złomem. Jak widać, każdy coś dla siebie znajdzie.

 

Akcja wypuść (ocal) karpia to zły pomysł, wręcz szkodliwy z prawnego punktu widzenia.

Mam nadzieję, że nie pojawią się naśladowcy z hasłem: kup sobie psa (lub kota) i go wypuść na wolność (niekoniecznie w Wigilię, mogą być cieplejsze święta).

 

W tym wątku jest okazja wyrazić swoje poglądy i przedyskutować pomysły: http://dlaryb.pl/forum/topic/282-rybne-szale%C5%84stwo-czyli-o-wypuszczaniu-ryb-r%C3%B3%C5%BCnych-mowa/

Kotwic

I obfitość ryb racz nam dać Panie...

Widzę, słyszę, czytam.

Płyną potoki słów, z których wynika, ze lubimy łowić ryby. Cieszy nas możność kontaktu z naturą, podnieca podjęte wyzwanie łowieckie, raduje kontakt z rybą, uszczęśliwia zwycięstwo.

Część łowi dla pasji bo to ich natchnienie, części łowi bo rybę zjeść lubi, są też i tacy co łowiąc ryby starają się utrzymać z tego zajęcia (choć to głównie rybaków dotyczy). Niektórzy są wędrowcami, ryb i wód szukają daleko, wielu to jednak łowcy terytorialni, lubujący się w swoich bliskich łowiskach, znający swoje wody i stanowiska.

Wszystkich jednakże łączy ryba. Ten mistyczny stwór wodny który z wyzwaniem się kojarzy, tenże obiekt polowań i opowieści. Stwór ten wody który od tysiącleci towarzyszy człowiekowi, a znacznie krócej jest jego celem łowieckim, a jeszcze młodszym jest w ujęciu hodowlanym.

O co więc chodzi? Może o to, że wszystko się zmienia. Zmienia się nasz ludzki charakter, zmienia się równocześnie środowisko naturalne.

W nieodległej skali czasowej, za życia naszych współplemieńców, zauważamy że ryb jakby ubyło. Może nie jest to w pełni precyzyjne określenie, bo niektóre obecne wody są zasobne w ryby, zarówno pod względem gatunkowym jak i ilościowym, ale jakże różne są to ryby w stosunku do tego, co pamiętamy 30-40 lat temu.

Ale czy tylko zmiany w środowisku są tego przyczyną? Może i nasze podejście oraz wyrafinowanie jest także czynnikiem który istotnie wpłynął i ciągle oddziaływuje na zasoby wód naszych? Wiele się mówi, wiele się pisze, prowadzone są badania, rejestry, szukamy celu, badamy przyczyny.

Wszystko sprowadza się do sentencji: ja, ryba i woda – oto jest przygoda. xD

 

Temat to obszerny, wiele razy pewnie będzie powracać, tymczasem proponuje dyskusję na forum:

http://dlaryb.pl/forum/topic/275-k%C5%82%C3%B3tnie-i-spory-o-to-%C5%BCe-nie-ma-ryb/

 

Kotwic

Schyłek roku - medytacje

Niedawno powiało, nawet mocno. Jak to zwykle jesienią. Wiatr pędząc po długiej osi jezior wymieszał co mógł. Uczynił wodę dość jednolitą, pozbawił różnic w ciepłocie warstwowej, pogonił łowców ciepło/wygodolubnych. Uczynił jesień (a może i przed zimie).

Rybki robią swoje, tak jak to mają w zwyczaju. Niektóre płyną w odmienne krainy, inne tylko przesiadkę do nowej miejscówki mają, są też takie którym zew rodzicielski każe zmienić plany i na ploso głębokie płynąć, albo dna piaszczystego szukać.

W domu jest ciepło, ale wizja pogody za oknem skutecznie wycisza  żądze łowieckie. Jeno niewielu zapaleńców idzie po swoje kije-zabawki, buty zakłada i kapelusz, pięści zaciska, serce krzepi, łowi.

Większość zapada w melancholię, sezon kończący się podsumowuje, podlicza sukcesy, rozlicza porażki. Nowe plany na rok przyszły snuje.

Czas to także na aktywność werbalną. W ruch idą usta gdy rozmówca blisko, palce zaś gdy klawiszy trzeba używać. Rozmowy, dyskusje, spory, nauki. Wszystko dla ryb, wszystko dla nauki. :D

Kotwic

Czemu tutaj

Blog? Czemu tutaj?

Od wielu lat chciałem pisać o tym co sobie myślę. Oczywiście w zakresie rybaczenia, wędkowania, ichtiologii. Takie same oczywiście wiązało się z brakiem chęci i zapału do szukanie odpowiedniego oprogramowania, by móc użytkować własną stronę/blog.

Teraz jest znacznie prościej. A co lepsze, teraz mam mobilizację.

Forum dlaRyb to miejsce, gdzie chcę zrobić to, co do tej pory odwlekałem lub odsuwałem w przyszłość odległą.

Wydaje mi się, że lubię brać udział w dyskusjach. Co zabawne, biorąc w nich udział zdobywam wiedzę i doświadczenie, Mam nadzieję, że jednocześnie mogę podzielić się tym co ja wiem. Dzięki tym wszystkim dywagacjom zyskujemy wiedzę która ułatwia nam pracę.

Kotwic

Życie moje rybą trąci.

           Nie wiem czemu, ale pewnie przez przypadek sąsiad zawołał mnie na nieodległy staw. Co zabawne, staw ów powstawał wręcz przy mnie. Widziałem koparkę która wybierała ziemię z niewielkiego poletka przed moim domem, widziałem dół który stopniowo napełniał się wodą. Widziałem pojawiające się z czasem rośliny wodne, hmm, przyniosłem część ryb które po raz pierwszy zasiedliły ten zbiornik.

            Niedługo później, z leszczynowym kijem, korkowym  spławikiem,  haczykiem ze szpilki na żyłce Stilon-Gorzów rozpocząłem walkę z żywiołem. Żywiołem jakim były ryby. Drobne, głównie karasiowate, ale ryby. Zabawa na całe dni. Zabawa na wieczory i poranki.

Nie szukałem super sprzętu, nie szukałem wynalazków, wybierałem się na ryby by łowić i mieć frajdę z łowienia. A łowiłem niewielkie karasie, przypadkowo karpie. Nie liczył się rozmiar, nie liczyła się ilość, ważna była zabawa, wyjście nad wodę, łowienie ryb, testowanie sprzętu i pomysłów.

            Początek niby bajeczny i prosty, ale konsekwencje okrutne.

            Spodobało mi się. Spodobało mi się to, że mogę łowić ryby ale tez o nich czytać. Czytać i poznawać ich biologię. Poznawać biologię i łowić inaczej. Naście lat a jednak pokusa by mieć kartę wędkarską. Kilka książek do przeczytania a jednocześnie wspaniała wiedza. Może zabawne będzie, ale jedną z pierwszych książek które chciałem zakupić (przypadkiem nie wyszło) był atlas: Ryby słodkowodne Polski, pod redakcją prof. M. Brylińskiej (mam następne wydanie z roku 2000, a jednocześnie miałem okazję nauki pobierać u tej zacnej specjalistki).

            Zaczęło się. Wędkowanie to jedna sprawa, pomysł na przyszłość to druga. Koniec szkoły podstawowej to czas wyboru: co dalej. U mnie to raczej wybór wyglądał tak: czy jest coś, co wiąże się z wędkarstwem. Hmm, jest: w tamtym czasie to 2x technikum rybackie, 1x zawodówka rybacka. Cóż, odległość prawie 200 km i wizja internatu nie jest tak przerażająca by nie spróbować.

            5 lat technikum to wystarczający czas by poznać zawód oraz przekonać się, czy to co robię ma sens. Skoro zacząłem, wiec chyba jest sens, skoro zacząłem to i kończę.

W ramach nauki miałem okazję być, łowić, pracować w kilkunastu obiektach rybackich w Polsce. Fajnie było, dobrze wspominam te wyjazdy, wyprawy, spacery.

            Koniec szkoły nie jest końcem pasji. Wraz z dobrym kolegą (śp. Janusz) zaryzykowałem zabawę w kontynuację pasji. Studiowanie rybactwa to niezłe dziwactwa, ale też i spełnienie swojej wizji.

            Do dotychczasowej wiedzy dorzucam więc nowe umiejętności, nowe spojrzenie na świat, naukę akademicką. Efekt jest prosty, ryby, ciągle ryby. Czasem w ramach zajęć, czasem łowione na wędką, ale czasem te które pochodzą z badań, te które były celem moich wypraw.

            Dzięki temu że mam okazję oraz potrzebę by poznawać i badać naszą ichtiofaunę, miałem okazję łowić różnymi sposobami na ponad 100 jeziorach oraz na około 30 rzekach.

Wyniki tych połowów zwiększają moją wiedze i doświadczanie, a w konkretnych wypadkach są dostępne jako publikacje.

            Aby nie narzucać swojej ideologii, aby nie sugerować co lepsze lub co gorsze, piszę ten przydługi wstęp by pokazać, żem człowiek pospolity, choć może troszkę pasją wędkarsko-rybacką natchnięty. By pokazać, że co robię, czynię z pobudek ideologiczno-fachowych, a cel tego działania wynika z mojej pasji i wykształcenia.

 

Zaloguj się, aby obserwować  
Obserwujący 0

Wydawcą portalu dlaRyb.pl jest:

FUNDACJA "DLA RYB"
BOGUNIEWO 45, 64-610 BOGUNIEWO
Nr Konta: PKO BP 64 1020 4128 0000 1202 0123 2578
KRS: 0000613501 NIP: 6060096225 REGON: 364237131
https://dlaRyb.pl; e-mail: fundacja@dlaRyb.pl; tel.: 61 307 99 99